
Stoimy przy sklepowej półce, trzymamy w ręku produkt z napisem „naturalny”, „light” lub „bez dodatku cukru” i czujemy, że dokonujemy dobrego wyboru. Tymczasem te słowa często znaczą znacznie mniej, niż nam się wydaje – albo wręcz nic. Producenci żywności są mistrzami w sztuce komunikacji, która wygląda jak informacja, a w rzeczywistości jest marketingiem. Czytanie etykiet to umiejętność, której nikt nas nie uczy w szkole, a która ma realny wpływ na to, co ląduje w naszym koszyku i ostatecznie w naszym organizmie.
Co tak naprawdę oznaczają popularne hasła na opakowaniach żywności?
Termin „naturalny” nie jest w Polsce ani w Unii Europejskiej prawnie zdefiniowany w odniesieniu do ogólnych produktów spożywczych. Oznacza to, że producent może umieszczać go na opakowaniach swoich wyrobów praktycznie bez ograniczeń – i często tak robi. Podobnie jest z określeniami „tradycyjny” czy „domowy”, które budują ciepłe skojarzenia z babciną kuchnią, nie mając żadnego przełożenia na skład ani sposób produkcji.
Inaczej jest z „light”, hasłem, które ma konkretną definicję – produkt tego typu musi zawierać co najmniej 30% mniej kalorii lub tłuszczu niż wersja standardowa. Brzmi dobrze, ale diabeł tkwi w szczegółach: producent może obniżyć zawartość tłuszczu, jednocześnie zwiększając ilość cukru, by produkt nadal smakował atrakcyjnie. „Bez dodatku cukru” z kolei oznacza, że producent nie dosypał cukru do składu, ale produkt i tak może zawierać go w bardzo dużych ilościach, na przykład w postaci skoncentrowanego soku owocowego. Etykieta mówi prawdę – tyle że nie całą prawdę.
Na co zwracać uwagę w składzie produktów spożywczych?
Skład podawany jest zawsze w kolejności malejącej według masy – składnik wymieniony jako pierwszy występuje w produkcie w największej ilości. To prosta zasada, która od razu wiele wyjaśnia. Jeśli w jogurcie „truskawkowym” na pierwszym miejscu widnieje woda, na drugim cukier, a truskawka pojawia się dopiero na szóstej pozycji, wiemy już, z czym mamy tak naprawdę do czynienia. Pierwsza trójka składników mówi nam więcej o produkcie niż cała reszta etykiety razem wzięta.
Cukier jest mistrzem kamuflażu w składach produktów spożywczych. Producenci doskonale wiedzą, że konsumenci uczą się go unikać, więc zamiast stosować jedno określenie „cukier” rozkładają je na kilka różnych nazw: syrop glukozowo-fruktozowy, dekstroza, maltoza, syrop z agawy, koncentrat soku jabłkowego, melasa. Każda z tych pozycji osobno wygląda niewinnie i spada niżej na liście składników, podczas gdy w sumie cukru w produkcie jest bardzo dużo. Gdy na liście składników widzimy trzy lub cztery różne źródła cukru, to sygnał alarmowy, niezależnie od tego, jak zdrowo wygląda opakowanie.
Na co zwracać uwagę w tabeli wartości odżywczych?
Pierwsza pułapka kryje się w kolumnie „porcja”. Producent sam definiuje, co uważa za jedną porcję i często jest to ilość zaskakująco mała – dwadzieścia gramów chipsów, trzydzieści gramów płatków śniadaniowych. Wartości kaloryczne i zawartość cukru wyglądają wtedy bardzo rozsądnie, ale przecież nikt nie je chipsów łyżeczką.
Warto patrzeć na wartości podane na sto gramów produktu – ta kolumna pozwala porównywać różne produkty na wspólnej podstawie i nie dać się zwieść porcjowemu trikowi. Szczególną uwagę należy zwrócić na zawartość soli, która bywa ukryta pod pojęciem „sód” – wartość sodu mnożymy przez dwa i pół, by otrzymać faktyczną zawartość soli. Wiele produktów pozornie neutralnych, jak pieczywo chrupkie, gotowe sosy czy wędliny, zawiera zaskakująco duże ilości soli, które łatwo przeoczyć, skupiając się wyłącznie na kaloriach i tłuszczu.

Czym są dodatki do żywności i których lepiej unikać?
Symbole zaczynające się od litery E to kody dodatków do żywności dopuszczonych przez Unię Europejską i sama ich obecność nie oznacza automatycznie, że produkt jest szkodliwy. E300 to witamina C, E306 to witamina E, a E440 to pektyna pozyskiwana z owoców. Panika na widok każdego „E” jest nieuzasadniona. Ale niektórych „E” rzeczywiście lepiej unikać.
Substancje, przy których warto zachować ostrożność, to przede wszystkim azotany i azotyny w przetworach mięsnych oznaczone jako E249–E252, sztuczne barwniki takie jak tartrazyna E102 czy czerwień allura E129 powiązane w niektórych badaniach z nadpobudliwością u dzieci, a także konserwant benzoesan sodu E211 w połączeniu z witaminą C, który może tworzyć benzen. Nie oznacza to, że każdy produkt z tymi dodatkami jest niebezpieczny – dawka czyni truciznę – ale świadomość ich obecności pozwala podejmować bardziej świadome decyzje, szczególnie przy wyborze jedzenia dla dzieci.
Czy etykiety „eko” i „bio” gwarantują lepszy produkt?
Certyfikaty ekologiczne – unijny liść w gwiazdkach lub jego krajowe odpowiedniki – mają konkretne, prawnie zdefiniowane wymagania i są przyznawane po kontroli gospodarstwa lub zakładu produkcyjnego. Produkt z takim certyfikatem rzeczywiście pochodzi z upraw bez syntetycznych pestycydów i nawozów sztucznych, a w przypadku produktów przetworzonych – zawiera ograniczoną listę dozwolonych dodatków. To realna różnica, nie tylko marketingowa, i warto ją doceniać.
Problem pojawia się wtedy, gdy słowa „eko”, „bio” lub „organic” pojawiają się na opakowaniach bez żadnego certyfikatu, jedynie jako element nazwy produktu lub grafiki. W Polsce nie ma zakazu używania tych słów w nazwie handlowej bez posiadania certyfikatu, co bywa skwapliwie wykorzystywane. Dlatego zamiast czytać duży napis na froncie opakowania, warto szukać małego, oficjalnego logo certyfikatu, najczęściej umieszczonego z tyłu lub na boku. Jego obecność to twarda gwarancja, zaś brak – powód do sceptycyzmu wobec ekologicznych obietnic rzucanych na wiatr.






